niedziela, 15 listopada 2015

Promocja Rossmann -49%

Tłum. Ścisk. Przepychanki. Kilometrowa kolejka. Tak w skrócie wyglądają dni w trakcie 3-etapowej przeceny -49% w drogerii Rossmann. Wybrałam się tylko po kilka rzeczy do sklepu, a wychodząc z niego czułam się jakby przejechał po mnie walec. Cóż, najważniejsze, że bitwę wygrałam i moje maleństwa są już bezpieczne u mnie na toaletce.


Tak jak już wspominałam wcześniej, miałam przygotowaną listę kosmetyków, które chciałam nabyć w trakcie promocji:
1. Tusz do rzęs "Pump up" Lovely
2. Róż Bourjois 15 Rose Eclat
3. Rozświetlacz Lovely Silver
4. Pomadki Bourjois Rouge Edition Velvet : 05 Ole Flamingo i 02 Frabourjoise

Na pierwszy tydzień promocji, w trakcie którego przecenione były wszystkie pomadki, błyszczyki i lakiery do ust nie zdążyłam. Mnóstwo obowiązków i mała ilość funduszy zdecydowały za mnie. Bardzo żałuję, bo te pomadki Bourjois nęcą mnie od dłuższego czasu.

W następnym tygodniu mieliśmy okazję zaopatrzyć się z tusze do rzęs, eyelinery i cienie do powiek - tu skreśliłam z mojej listy punkt 1. Nie szukałam nawet nic innego, bo mam spoko kosmetyków kolorowych do oczu. 



Natomiast w dniu wczorajszym zaczęła się akcja promocyjna na podkłady, pudry, rozświetlacze, róże i brązery - oczywiście zaraz po pracy popędziłam do sklepu i stałam się szczęśliwą posiadaczką rozświetlacza oraz różu.





  
Wrzuciłam też do koszyka 2 nieplanowane kosmetyki: Korektor maskujący Lovely oraz Bronzer firmy Astor.






A Wy jakie kosmetyki "upolowałyście" na promocji? Dajcie znać w komentarzach! 

czwartek, 12 listopada 2015

A jednak cud! - 2 lata z Tangle Teezer

Jestem bardzo pozytywnie zaskoczona Waszą reakcją na ostatni wpis Organizacja przede wszystkim! Przyznam się szczerze, że nie spodziewałam się takiego odzewu! Lecz, ponieważ widzę, że przypadła Wam ta tematyka do gustu, z pewnością pojawi się jeszcze kilka innych postów. Natomiast dzisiaj, chcę się z Wami podzielić kilkoma zdaniami na temat szczotki Tangle Teezer. Mam ją już nieco ponad dwa lata i to odpowiedni czas, bym mogła coś na jej temat opowiedzieć. 



Przede wszystkim? Czy to rzeczywiście taki hit? 

TAK, dla mnie Tangle Teezer to "wynalazek-cud". Moje włosy, przy nie odpowiedniej pielęgnacji wyglądają jak stóg siana, a ja sama jakby mnie piorun trzasnął. Włosy przetłuszczone przy skórze głowy, ale jednocześnie suche i łamliwe. Momentalnie się kołtunią, wypadają garściami, a rozczesanie ich to nie lada wyzwanie. 

Przerobiłam już kilka szczotek. Od grzebieni z szerokim rozstawieniem zębów, przez zwykłe plastikowe szczotki, aż po te z naturalnego włosia dzika. Żadna nie zdawała egzaminu. I wtedy pojawił się wielki BOOM na TT. Przyznaję, kiedy pierwszy raz spojrzałam na cenę (a wtedy oryginały oscylowały w granicach 50zł), byłam lekko przerażona. TYLE kasy za kawałek plastiku?! Jednak ja - jak to ja - zaryzykowałam. I wiecie co?

 To była jedna z najlepszych decyzji.


Zdecydowałam się na wersję Original Blueberry Pop - kolorki mi spasowały bardziej, niż słoneczna żółć czy mroczna czerń. Już po otwarciu opakowania, od razu zauważyłam, że szczotka idealnie leży w ręce. Oczywiście, zdarzyło mi się ją kilkakrotnie upuścić - czy to z powodu porannego pośpiechu, czy też z powodu śliskich od odżywki rąk. Jednak każdy z wypadków przeżyła, co najciekawsze, bez najmniejszego zarysowania! Wytrzymałość 10/10.


A działanie? Pierwsza rzecz na którą zwróciłam uwagę to brak puszenia się włosów. Elektryzacja? Od kiedy używam TT - słowo nie występuje w moim słowniku. Ogromny plus za delikatność szczotki - największe kołtuny są na przegranej pozycji przy tym wynalazku - szczotka gładko sunie po włosach, nie szarpie i nie wyrywa ich - wypadają tylko te osłabione. Pukle przy regularnym stosowaniu nabierają fantastycznego blasku, a ich kondycja zmienia się na plus. Dodatkowo szczotka przyjemnie masuje skórę głowy, co zdecydowania przyspiesza porost włosów (zauważalna różnica już po 4-5 miesiącach użytkowania). 


Obecnie ząbki są już lekko powyginane przy brzegach - efekt 2 lat codziennego użytkowania. Ale jeszcze mini trochę czasu nim ją wymienię - swoją rolę nadal spełnia na +6. W najbliższym czasie raczej zdecyduję się na zakup jej mniejszej siostrzanej wersji compact. Może Mikołaj w nagrodę za bycie cały rok grzeczną mi taką podaruje? :)

sobota, 7 listopada 2015

Organizacja przede wszystkim!

Do tego wpisu zabierałam się ho, ho czasu..! W każdym bądź razie od bardzo dawna. I dziś, po tylu tygodniach nareszcie jest! Temat przewodni: organizacja. Wiele osób uważa mnie za osobę bardzo uporządkowaną, zawsze świetnie zorganizowaną, przygotowaną na każdą ewentualność.. Hmm.. Rzeczywistość niestety nie jest tak promienna i zachwycająca. Gdyby nie kilka zasad, których przestrzegam, po dwóch dniach pewnie nie ogarniałabym co się wokół mnie dzieje. 


1. Kalendarz mam ZAWSZE przy sobie. Jeśli nie w wersji papierowej, to w wersji mobilnej, na telefonie.

2. Każde spotkanie, wydarzenie czy zaplanowane działanie zapisuję OD RAZU, tak by później nie zastanawiać się czy o czymś przypadkiem nie zapomniałam. 

3. Kupując kalendarz na nowy rok, kieruję się nie okładką, a wnętrzem. Co z tego że kalendarz pięknie wygląda, skoro w środku na jeden dzień mamy 3-4 linijki i ledwo nam się mieści informacja o jakimś sprawdzianie? Okładkę zawsze można ulepszyć, ozdobić, zakleić etc. Sama np. zaopatrzyłam się już w kalendarz na rok 2016 i okładka jest dla mnie po prostu brzydka. W najbliższym czasie zabiorę się za jej ozdabianie.


4. Żeby było mi łatwiej posługiwać się kalendarzem, stosuję kod kolorystyczny. To znaczy, wszystko co zapiszę, zakreślam odpowiednim kolorem. Wystarcza mi tylko rzut oka, by wiedzieć czego się spodziewać danego dnia/tygodnia. 

5. Z tyłu kalendarza mam czyste strony, na których przyklejam informacje, które często są mi potrzebne - np. procentowa skala ocen, plan dzwonków w trybie skróconym czy po prostu rozkład zajęć. 


6. Na końcu kalendarza mam wklejone kilka różnokolorowych karteczek samo przylepnych w różnych rozmiarach oraz przypięte spinacze biurowe. Jeśli coś nie jest pewne albo często się zmienia, zamiast bazgrać i skreślać po kalendarzu, po prostu przeklejam karteczkę na odpowiednie miejsce/dzień.

7. Dłuższe, kilkudniowe wydarzenia, zapisuję na kwartalnikach (na jednej stronie widnieją 3 miesiące) w postaci klamer.
A jak kwestia organizacji wygląda w Waszym przypadku? Dajcie znać w komentarzach! Zapraszam Was też na facebook !

niedziela, 1 listopada 2015

Gotuj z Grażką - Pasta ze szpinakiem

Hi!
Na początku chcę Was baaardzo przeprosić, że post pojawia się dopiero dziś.. Niestety wczoraj blogger nie chciał ze mną współpracować i pomimo siedzenia do późnej nocy zdjęć nie udało mi się wgrać. Całe szczęście przez noc wypoczął i dziś już okazuje mi odrobinę sympatii :)

Przed Wami drugi już wpis z serii "Gotuj z Grażką". Znowu zielono, znowu smacznie, znowu banalnie. Przed Wami Pasta ze szpinakiem!


Jeśli należycie do osób, które na słowo "szpinak" mają ochotę uciekać gdzie pieprz rośnie... to trafiliście na idealny przepis, by to podejście zmienić! Wierzcie mi, nawet moja ukochana mama miała problemy żeby się przemóc i spróbować. Ale kiedy w końcu się udało... pokochała to danie.

Wszystko czego potrzebujecie na 2 porcje to:
- 2 szklanki ugotowanego makarony (najlepsze jest typu penne, ale nadaje się każdy inny - w moim przypadku padło na kokardki)
- 1/2 opakowania mrożonego, siekanego szpinaku
- 1 duża cebula
- 1-2 ząbki czosnku do smaku
- oliwa z oliwek
-  pieprz, sól
- starty żółty ser

Na rozgrzanej i natłuszczonej oliwą patelni podsmażamy posiekaną cebulkę, aż się zrumieni. Następnie dodajemy czosnek (w ten sposób nie zgorzknie), a po 1 min szpinak. Smażymy pod przykryciem, od czasu do czasu mieszając, aż bohater dzisiejszej potrawy się rozmrozi. Następnie doprawiamy solą i pieprzem do smaku, dodajemy makaron, mieszamy. Podajemy posypane żółtym serem. Voilà!

Bon appétit!